środa, 28 sierpnia 2013

Waluta

Waluta*.

(Adam Krzyżanowski) 

 

   Rzekomo magiczne słowo. Ludzie często przytaczają powiedzenie angielskiego męża stanu o trójcy zjawisk, zdolnych wywołać obłędne zamącenie pojęć. Miłość, metafizyka, waluta - oto "niezbadane puszcz litewskich przepastne głębiny". Miłość, metafizyka i waluta może mają punkty  styczne, ale chyba inne. Waluty nie zaliczam do nierozwiązalnych zagadek. Przeciwnie, wydaje mi się problemem jasnym i prostym. Zamieszanie pojęć przypisuję nie zawiłości zagadnienia, a raczej obawie spojrzenia w oczy prawdzie, demaskującej chęć używania tanim kosztem, wzbogacenia się materjalnego i kulturalnego bez wysiłku, bez oszczędności. Drożeją towary i pieniądze zagraniczne (gotówkowe, czyli waluty, i wierzytelności na nie opiewające, czyli dewizy). Dlaczego?
   Rozwiązanie zagadki ułatwia stwierdzenie z całą stanowczością, że nikt, nie wyłączając państwa, nie może więcej wydać, niż zainkasował. A jednak już przed wojną koncesjonowane banki emisyjne puszczały w obieg banknoty. Stwarzały pieniądz, którym płaciły. Wówczas chodziło o stosunkowo małe kwoty. ziś powszechną zwraca się uwagę, że państwa o pustym skarbie ratują się wybijaniem pieniędzy papierowych. Wbrew pozorom ten sposób finansowania wojny jest tylko pozornym wyjątkiem od zasady: "Z próżnego nikt nie naleje". Osoba prywatna, fizyczna i zbiorowa, zdobywa środki utrzymania zarobkowaniem, ewentualnie pożyczaniem. Państwa postępują podobnie. Właściwością, która wyodrębnia ich gospodarkę od prywatnej, jest przymusowy zabór dóbr, posiadanych przez poddanych, czyli zasilenie skarbu podatkami w najobszerniejszem tego słowa znaczeniu. Wybijanie pieniędzy papierowych nie jest niczem innem, jeno ukrytym podatkiem.
   W chwili wybuchu wojny wydatki pieniężne państw wojujących znacznie wzrosły. Podniesiono żołd żołnierzy i oficerów. Zwiększono ich liczbę. Wypłacano wielkie sumy za żywność, za materjał i broń, potrzebną wojsku. Nie wystarczały dochody z przedsiębiorstw i podatków. Trzeba było zaciągnąć pożyczki. Apel do tych, którzy posiadali już wybite pieniądze, nie był całkiem bezskutecznym. Nie zapewnił jednak dostatecznych funduszów. Państwa zaraz z początkiem wojny zwróciły się do banków emisyjnych o pożyczki. Inne osoby i organizacje w państwie mogą wypożyczyć tylko tyle, ile mają w kasie. Specyficznem znamieniem banków emisyjnych jest nadany im przez państwo monopol puszczania w obieg pieniędzy. Gdy chcą pożyczyć, a nie mają pieniędzy, wybijają nowe. Banki emisyjne pożyczyły państwu tyle, ile zażądało. Dlaczego płaciły banknotami banków emisyjnych? Chciały wywołać wrażenie, że ciągle jeszcze płacą dawnym pieniądzem, do którego ludność przywykła, pieniądzem papierowym, wymienialnym na złoto. Banki pożyczały państwom banknoty formatu przedwojennego, ozdobione dawnym rysunkiem i napisem. W rzeczywistości całkiem inne. Dawne były każdej chwili płatne w złocie. Nowe oczywiście nie mogły być wymienialne na złoto. Wobec pomnożenia ich liczby nie starczyłoby drogocennego kruszcu. Państwo z chwilą wybuchu wojny zniosło obowiązek wypłacania złotem. Zachowało pozory, bo "mundus vult decipi"**.
   Koszt wybicia banknotów z początkiem wojny był minimalny. Stanowił "une quantite negligeable"***. Zdawałoby się zatem, że rozwiązano problem alchemji, że państwo może płacić z niczego. Po dziś dzień nie brak ludzi, którzy nie uprzytomnili sobie niemożliwości podobnego stanu rzeczy, a przecie nie wahają się wygłaszać i drukować pseudouczonych wywodów monetarnych. Zachodzi pytanie, komu państwo zabrało siłę kupna, którą w formie niewymienialnych banknotów uszczęśliwia żołnierzy, urzędników, swych dostawców i wierzycieli? Mnożenie pieniędzy wywołuje drożyznę. Tym sposobem państwo jednym zabiera, drugim daje. Dla uspokojenia szerokiego ogółu władze bezskutecznemi środkami zwalczają drożyznę. Bezskutecznemi, bo przecie właśnie drożyzna jest ich głównym sposobem finansowania wojny. Także i pod tym względem postępją zgodnie ze wskazaniem "mundus vult decipi". W średnich wiekach zabierano srebra kościelne, majątki fundacyjne na cele wojenne. Dziś odbywa się podobny proces w formie bardziej wyrafinowanej, mniej szczerej. Nie zabrano Akademji krakowskiej kilku miljonów listów zastawnych, któremi zawiaduje. Nie zabrano ich zakładom ubezpieczeń, kasom sierocym, kasom kasom oszczędności, ludziom, którzy lat wiele ciułali ciężko zapracowany grosz do grosza, ażeby sobie zapewnić spokojną starość lub posag córce. Ale ich skarby topniały, początkowo wolno, później coraz szybciej  i bezpowrotnie. Rosła ilość pieniędzy, a wraz z nią drożyzna. Siła kupna, rozdawana przez państwo w formie pieniądza, pochodzi z jej zaboru wierzycielom wszelkiego rodzaju, oraz osobom, które nie są w stanie podnieść swych dochodów w stosunku, odpowiadającym deprecjacji pieniądza. Państwo nie oszczędza własnych wierzycieli. Gdy nie ma pieniędzy, może zawiesić wypłaty. Dzisiejsze państwa wolą ratować pozory. Szukają wyjścia w wywoływaniu drożyzny. Płac procenty, a nawet zwracają długi. Wybijają na ten cel albo każą wybijać bankom emisyjnym nowe pieniądze papierowe. Zwracają wierzycielom znacznie mniej siły kupna, niż od nich wypożyczyli, bo płacą w pieniądzu zdeprecjonowanym. Nie bankrutują formalnie, ale materialnie, w myśl wskazania, które już kilkakrotnie w tym krótkim artykule wymieniłem,, jako miarodajne dla wojennej polityki finansowej.

   Czy jednak istotnie emisja pieniędzy wywołuje drożyznę towarów, walut i dewiz, oczywiście wzajemnie uwarunkowaną? Twierdzenie, wedle którego wahania w ilości pieniądza „ceteris paribus conditionibus” zmieniają proporcjonalnie jego wartość, jest nieomal truizmem. W razie pomnożenia ilości pieniądza jego wartość czyli siła kupna musi spaść. Drożyzna musi być w stopniu ściśle odpowiednim wynikiem pomnożenia ilości pieniądza, o ile inne warunki kształtowania się cen towarów pozostają niezmienione. Temu rozumowaniu można zarzucić tylko jedno: Niczego nie wyjaśnia, boć przecie nie tylko ilość pieniądza, ale wszelkie inne współczynniki kształtowania  się cen ulegają ciągłym, co gorsza nieobliczalnym zmianom. To prawda. A jednak śmiem twierdzić, że teorja ilościowa wyjaśnia zjawiska lepiej, niż inne sposoby ich tłumaczenia. Przeciwnicy teorii ilościowej najczęściej w spadku produkcji dopatrują się przyczyny drożyny. Produkcja spadła o 20, o 25%. Opowiadałaby temu zwyżka cen o 33, o 50%. W rzeczywistości drożyzna dosięgła setek, a nawet tysięcy procentów. Wszystkie współczynniki kształtowania się cen uległy wahaniom po wybuchu wielkiej wojny, ale jakże drobnym w porównaniu z wielkością zmian w ilości pieniądza.
   Puszczenie w obieg nowych pieniędzy odbiło się różnem nasileniem drożyzny w różnych państwach. Obok wielkości nowych emisyj najbardziej zaważyła na szali wypadków ich tezauryzacja. Jest rzeczą jasną, że wycofanie z obiegu pieniędzy przez tych, którzy je otrzymali, zmniejsza tę ilość pieniędzy przez tych, którzy je otrzymali, zmniejsza tę ilość pieniędzy, która stanowi siłę kupna, podbijającą ceny towarów, walut i dewiz. Chłop, przechowując w skrzyni, przeciwdziała drożyźnie.
~*~
   Wymieniane bywają często inne przyczyny spadku naszej waluty. Ci, którzy wysuwają je naprzód, zapoznają, że są pochodnem zjawiskiem w stosunku do ilości pieniądza. Zwolennicy mniemania, że wartość pieniądza wobec towarów zależy przedewszystkiem od wahań w ich produkcji, wyjaśniają wartość pieniądza miejscowego w stosunku do zagranicznych stanem bilansu płatniczego. Kurs walut obcych jest oczywiście wyrazem popytu i podaży, czyli odzwierciedleniem bilansu płatniczego. Cóż jednak rozstrzyga o jego ewolucji? Czy popyt za dolarami mógłby objawić się tak silnym wzrostem ich kursu, gdyby rząd nie powiększał ciągle podaży marek? Gdyby ich ilość była równie mało zmienna, jak ilość dolarów, stosunek jednych do drugich nie mógłby ulegać znaczniejszym wahnieniom. Dolar  rzekomo dlatego idzie w górę,  ponieważ istnieje silne zapotrzebowanie towarów, nabywanych zagranicznym pieniądzem, a wywóz naszych jest mały. To także jest prawdą, ale samo przez się nie wyjaśnia zwyżki obcych walut. Głód żebraka, który napróżno wyciąga rękę po jałmużnę, wcale nie podnosi ceny chleba. Podnosi ją chęć kupna człowieka chorego z obżarstwa, ale zdolnego i chętnego zapłacić bieżącą cenę targową.  Zapotrzebowanie zagranicznych środków płatniczych mogło wyrazić się ich znaczną zwyżką tylko dzięki wzrastającej podaży marki.
~*~
   Zagranica niechętnie udziela nam kredytu, ale jest odbiorcą marki polskiej. W jej oczach ryzyko kredytu nie znajduje dostatecznego zrównoważenia w wysokości procentu. Jest jednak odbiorcą marki, bo liczy na jej zwyżkę. Ma do niej raz mniejsze, raz większe zaufanie. Czyż zmiany w kursie walut obcych nie są wyrazem mniejszego lub większego  zaufania do marki, do siły gospodarczej państwa i społeczeństwa, posługującego się nią jako środkiem płatniczym? Bezwątpienia zaufanie  jest doniosłym współczynnikiem w kształtowaniu się bilansu płatniczego. Wywiera duży, choć mało uchwytny wpływ na popyt i podaż marki. Przyłączenie do Polski części Górnego Śląska zwiększyło zaufanie do nas. Powstrzymało szereg ludzi od sprzedaży polskiej marki. Innych zachęciło do jej zakupna. Cała rzecz w tem, żeby utrwalić korzystne nastroje. Dalsza nadmierna emisja zachwieje zaufaniem. Obniży kurs naszej marki. Zaufanie w ostatnim rzędzie zależy od ilości pieniędzy, puszczanych w obieg.
   Bardzo popularne jest hasło szukania w spekulacji kozła ofiarnego. Opinja publiczna, która ciągle domaga się nadmiernych wydatków, zamiast uderzyć się w piersi, zamiast przyznać: „mea culpa, mea maxima culpa”, oskarża spekulantów o wywoływanie spadku marki. Ludzie kupują dolary, ażeby zarobić, a nie dla przyjemności kupowania. Będą je sprzedawali, będą grali na zniżkę dolara, czyli na zwyżkę marki, jeżeli to postępowanie okaże się korzystnem. Oskarżyciele spekulantów o wywoływanie zwyżki dolara nie przyznawali im zasługi znacznego obniżenia jego kursu, które nastąpiło  z końcem 1921 roku. Jeżeli oskarżenie było słusznem, byłaby także uzasadnioną pochwała. Oczywiście jedno i drugie stanowisko jest pozbawionem podstawy. Przed wojną nie było spekulacji w walutach. Nie opłacała się z powodu racjonalnej polityki finansowej państw. Z chwilą wybuchu wojny państwa podjęły nadmierne emisje pieniędzy papierowych i stworzyły w ten sposób warunki spekulacji.
   Śmiem twierdzić, że kupowanie dolarów jest zasługą wobec gospodarstwa społecznego. Jego rozwój jest niezbędnie uwarunkowany oszczędnością i ubezpieczaniem się. Ani jednego, ani drugiego nie można urzeczywistnić przez kupowanie walut deprecjonujących się. Właśnie dlatego nie podzielam oburzenia tych, którzy mniej lub więcej szczerze rzucają gromy na nabywców obcych walut. Rząd i P. K. K. P. zbłądzili, nie kupując dolarów w maju 1921 r., wtedy, gdy stały poniżej 1000 Mp. Obecnie P. K. K. P. dobrze robi, nabywając je w cenie od 3000 do 4000 Mp., nie czekając na dalszą zniżkę, nie obawiając się zarzutu, że w ten sposób przeciwdziała dalszej zniżce dolara, zwyżce marki. Rząd i społeczeństwo potrzebują dolarów po wzrastających kursach zapobiegają wywiezieniu ich zagranicę. Zatrzymają je w kraju. Pomnażają nasze bogactwo społeczne. Ztezauryzowane obce waluty muszą wypłynąć na wierzch z chwilą przejścia do racjonalnej gospodarki skarbowej i zwyżki marki, a wówczas oddadzą nam cenne usługi. Ci, którzy skupują dolary, oszczędzają i ubezpieczają się w mniej więcej stałej walucie, a więc w walucie do tego celu odpowiedniej. Póki państwo nie postara się o stabilizację naszego pieniądza, trudno żądać, aby ludzie oszczędzali i ubezpieczali się w markach. Grożą im straty, których chcą uniknąć nabywaniem obcego pieniądza. Wyśrubowanie kursu dolara obudziło ze snu społeczeństwo. Wywody uczonych i moralistów o zaletach oszczędności w gospodarce publicznej są mało skuteczne. Nasza opinja publiczna rozumie dopiero wtedy, gdy wypadki walą pałką w łeb. Gdyby społeczeństwo wcześniej spekulowało na wielką skalę w dolarach, byłoby prędzej doszło do ich zwyżki. Wcześniej obudziłoby się było sumienie publiczne. Reforma naszego skarbu byłaby rychlej zapoczątkowana. Jest rzeczą z pewnością szkodliwą, że spekulacja walutowa więzi zbyt dużo kapitału i pracy, ale nasyłanie policji na kark spekulantom tylko pogarsza sytuację. Większe ryzyko podnosi ceny walut. Koszty policji państwo pokrywa nowemi emisjami, które znowu oddziaływują zwyżkowo na ceny. Czyż jednak nadmierna spekulacja nie jest winą, zasługującą na karę? Bez przyczynienia się władz spada na spekulantów karzący miecz sprawiedliwości. Odstrasza ich skutecznie od spekulacji przesadnej. Prawo popytu i podaży wymierza sprawiedliwość. Byliśmy wszyscy świadkami strat, poniesionych przez spekulantów z chwilą, gdy  wyśrubowali kurs walut obcych do granic, na których nie mógł się utrzymać. Broń państwowa, zaczerpnięta z arsenału policyjno-karnego, jest bezsilna wobec spekulacji. Już to samo winno być ostrzeżeniem przed wymachiwaniem tępą szabelką. Sfera popytu i podaży nie jest sceną, na której państwo może z powodzeniem występować.
    Ataki na spekulantów wydają mi się równie nieuzasadnione, jak przypisywanie winy rolnikom. Wieś wyszła z zawieruchy wojennej obronną ręką w porównaniu z miastami. Niema w tem ani winy, ani zasługi rolników. Jest to nieuniknione następstwo rozrzutności rządu, nieściągania podatków w dostatecznej mierze. Chłopi, tezauryzując pieniądze, przeciwdziałają drożyźnie.
   Jedynym sposobem uzdrowienia naszej waluty jest wstrzymanie emisji. Uważam za szkodliwe jej powiększanie, choćby służyło nabywaniu złota i srebra. Pokrycie kruszcowe jest potrzebne, ale drukowanie w tym celu pieniędzy papierowych mści się drożyzną. Nawet nabywanie walut i dewiz zagranicznych w zamiarze regulowania kursów nie wydaje mi się wskazanem. P. K. K. P. musi zawczasu nabywać pewne ilości walut i dewiz na potrzeby skarbu, choćby przyszło je płacić nowemi emisjami. Ostatnio zaczęła je nabywać w zamiarze odsprzedawania, gdy drożeją, ażeby tym sposobem zapobiec ich dalszej zwyżce. Proceder podobny praktykowały banki emisyjne z powodzeniem przed wojną. Stąd wniosek, że i obecnie jest wskazany. Zapominają zwolennicy tego mniemania o przysłowiu "Quod licet Jovi, non licet bovi"****. Przed wojną banki nie wybijały na ten cel nowych, niewymienialnych pieniędzy papierowych. Regulowanie kursu przez sprzedaż dewiz nie może trwale przyczynić się do stabilizacji marki, jeżeli równocześnie bank emisyjny mnoży ilość marek gwoli zakupna dewiz. Może wywrzeć ten skutek, gdyby bank kupował dewizy markami, dawniej puszczonemi w obieg, gdyby była pewność, że rząd, zmuszając bank do nowych emisyj, umożliwiających udzielenie przez bank pożyczek skarbowi, nie pokrzyżuje usiłowań stabilizacji marki.
~*~
   Nie ustają żądania nowych wydatków. Trzeba sobie jasno uprzytomnić, co to znaczy? Skarb z podatków, wraz z wliczeniem dochodów, które osiąga skutkiem nałożenia jednorazowej daniny, nie jest w stanie pokryć wydatków, już postanowionych. Niedobór budżetowy wynosi zgórą sto miljardów. Nowe wydatki oznaczają wielkie zwiększenie niedoboru budżetowego.. Pożyczkami, ani wewnętrznemi, ani zewnętrznemi, nie można wyrównać braków, bo kapitaliści nie mają zaufania do polskiej gospodarki skarbowej z powodu nadużywania prasy drukarskiej przez państwo polskie. Żądania zwyżek płac urzędniczych czy też innych nowych wydatków są w danych warunkach identyczne z wezwaniem do wybicia nowych pieniędzy. Obojętną jest rzeczą, czy poplecznicy tego projektu zdają sobie sprawę z tego, co czynią. Wiadomo przecie: Dobremi chęciami jest piekło brukowane. Najlepsze chęci nie ochronią nas przed drożyzną i spadkiem naszej waluty, temi nieuchronnemi następstwami wybicia nowej fali pieniędzy papierowych. Byłoby zgoła niezrozumiałem, gdyby było inaczej. Skąd właściwie zagranica przychodzi do tego, ażeby nam sprzedać więcej bawełny, maszyn kawy, herbaty etc. z tytułu wybicia przez nas nowych pieniędzy papierowych. Rząd podnosi pensje urzędnicze. Przypuśćmy, że dolar kosztuje nadal tyle marek polskich, ile kosztował przed zwyżką pensyj. Wówczas urzędnik mógłby kupić więcej kawy lub innych zagranicznych towarów. Kupuje je. Ilości konsumowane mu nie wystarczają. Żąda nowych podwyżek. Jego pobory rosną. Nabywa bieliznę, mąkę zagraniczną, pomarańcze, czekoladę w coraz to większych ilościach. Przecież to jest nie do pomyślenia, a zajśćby musiało, gdyby nowe emisje nie wpływały podrażająco na kurs dewiz. Łatwo dowieść, że zagranica w znacznej mierze ignoruje nasze emisje. Od chwili utworzenia państwa, od listopada 1818 r., przybywa marek. Już trudno je zliczyć, ale ilość dolarów, któremi rozporządzamy, nie wzrasta. Przeciwnie, zmniejsza się. Przeliczywszy ilość marek polskich z początkiem 1919 r. na dolary wedle ówczesnego kursu, przeliczywszy ich ilość obecną na dolary  wedle dzisiejszego kursu, łatwo wyrachować zmniejszenie się ilości dobrych walut zagranicznych, któremi możemy rozporządzić. Zagranica ani myśli dać nam więcej dolarów z tytułu mnożenia naszych marek. Co gorsza, nie chce nam pożyczyć dolarów, póki nie zaniechamy druku nowych pieniędzy. Ten stan rzeczy musi zczasem odbić się podrożeniem towarów na targu wewnętrznym.
   Szczególnie niebezpiecznym sofizmatem jest przeświadczenie o potrzebie równowagi między poszczególnemi działami wydatków. Często jest mowa o braku granic naturalnych, który nas zmusza do wielkiego wysiłku militarnego. Nie badam słuszności tej tezy. Nie badam możności przeciwdziałania odpowiednio obmyślanym systemem przymierzy. "Posito, sed non concesso", że tak istotnie jest. Cóż stąd wynika? Jeżeli wydatki wojskowe są nieuchronnie wielkie, należy zmniejszyć inne. U nas rozumuje się wprost przeciwnie. Zakłada się konieczność wielkich wydatków wojskowych. Powtóre, konieczność nieprzeznaczania na ten  cel zbyt wielkiego procentu ogólnej sumy rozchodów. Ażeby ten podwójny cel osiągnąć, podwyższa się preliminarze wydatków sanitarnych, szkolnych i innych, boć przecie nie uchodzi szafować groszem publicznym głównie na cele militarne. Partyzanci znacznych rozchodów wojskowych wcale nie czują się powołani do żądania, ażeby tworzenie fakultetów medycznych w Poznaniu i Wilnie odroczyć o lat kilka. Poplecznicy ich natychmiastowego otwarcia nie domagają się redukcji wojska. Jedni i drudzy stwierdzają "konieczność" obu wydatków, ale nie chcą uznać spadku marki za nieuniknione następstwo obu poprzednich "konieczności". Dziwią się naiwnie, czy też perfidnie, jakim sposobem kraj o tak wielkich bogactwach naturalnych może mieć tak złą walutę? Jakgdyby węgiel i nafta, drzemiące w głębi ziemi, a nie rządy nakazywały wybijać pieniądze papierowe w nadmiernej ilości. Walutę obniżają źli ludzie, którzy wołają o rozszerzenie zakresu działania państwa gwoli zdobycia posady, niemniej ludzie dobrej woli, którzy także występują z nowemi żądaniami, nie zdając sobie sprawy z następstw akcyj, opłacanych dalszemi emisjami. Kto wie, czy obecnie w Polsce nie są najbezpieczniejsi ludzie dobrej woli, ale małego rozumu.
   Mógłby mi na to ktoś powiedzieć, że zrównoważenie dochodów i wydatków może dokonać się odpowiedniem podwyższeniem podatków. Bezwątpienia. Nie od dziś jestem zwolennikiem silniejszego naciśnięcia śruby podatkowej. Niestety, nie można wycisnąć dowolnie wielkich funduszów tą drogą. Można wydobyć bez szkody 25-33% dochodu społecznego w społeczeństwach bogatych. Chęć uzyskania więcej uniemożliwiłaby oszczędzanie, a więc uzyskanie kapitału, potrzebnego do rozbudowy działalności gospodarczej. Przesilenie wynikło stąd, że w chwili wybuchu wojny rząd za wiele ludzi począł zatrudniać. Jedynym sposobem ratunku jest zmniejszenie państwowego personalu cywilnego i wojskowego. Uważam za błąd w rozumowaniu pomijać przyczyny najbliższe, bezpośrednie na rzecz dalszych. Błąd doniosły, bo rozstrzygający o wyborze środków zaradczych. Skuteczne muszą polegać na walce z podstawowym współczynnikiem zjawiska, a nie na próbach leczenia symptomów pochodnych.
   Drukowanie pieniędzy papierowych było w pewnych granicach koniecznością wojenną. Czas najwyższy otrząść się z psychozy wojennej. W toku wojny czasami popłaca hasło mierzenia sił na zamiary. Wysiłek finansowy i gospodarczy jest niezdolny do podobnych lotów. W tym zakresie powodzenie uwarunkowane  jest mierzeniem zamiarów podług sił. Megalomanja wiedzie do zguby. Za czasów austrjackich, a więc kilka lat temu, nie było w Krakowie rządowego gimnazjum żeńskiego. Państwo pobierało czesne za prawo uczęszczania do szkół średnich. Instytucja lekarzy szkolnych była w gimnazjach nieznana. Obecnie wszystko się zmieniło. Czy na lepsze? Mnie się zdaje, że nie, bo administracja austrjacka nie uskuteczniała swych zamierzeń środkami finansowo, gospodarczo i moralnie potępienia godnemi. Tylko w świetle psychozy wojennej cele zawsze uświęcają środki.
   W tej książce, która słusznie w odrodzeniu moralnem widzi jądro zagadnienia, chciałbym ze szczególnym naciskiem podkreślić, że bicie nowych pieniędzy papierowych uważam za oszustwo. Dlaczego?  - jest przecie ustawowo dozwolone. Zamiar oszukiwania zapewne nie istnieje. W jakim więc sensie nazywam nowe emisje oszustwem? Brak złego zamiaru nie zmienia faktu, że bicie nowych pieniędzy jest poszkodowaniem obywateli, połączonem z ich wprowadzaniem w błąd, a właśnie to uważam za istotę oszustwa. Mnożenie marek jest ukrytym podatkiem, utajonym zaborem części majątku i dochodu obywateli w przeciwstawieniu do jawnego zaboru, zwanego opodatkowaniem. Jest bankructwem materjalnem, bo spłatą zobowiązań w coraz to gorszym pieniądzu, bankructwem jawnie nie zgłoszonem.
   Emisja pieniędzy papierowych umożliwia państwu życie nad stan. Rozrzutność w gospodarce państwowej, nierozumna, bo niepomna zasady: "Pamiętaj rozchodzie, żyć z dochodem w zgodzie", jest naśladowana skwapliwie przez całe społeczeństwo. Złe przykłady znajdują chętniej naśladowców, niż dobre. Gdy państwo kroczy drogą pozornie łatwego wzbogacenia się bez oszczędności i pracy, trudno wymagać od obywateli innego postępowania. W razie nadmiernych emisyj spekulacja staje się popłatniejszą, niż produkcja. Cóż dziwnego, że panoszy się ze szkodą produkcji, - ale czyja wina? Przecie nie spekulantów. Szerzą się kradzieże, rozwielmożnia się lenistwo i łapownictwo. Odrodzenie moralne jest uwarunkowane stabilizacją waluty czyli oszczędnością w gospodarce państwa i gmin. Tylko tą drogą można skutecznie przeciwdziałać deprecjacji waluty i moralności.


*Rozprawa ta, oddana do druku z końcem 1921 r., stanowiła część dzieła zbiorowego: "O naprawie Rzyczypospolitej", Kraków 1922, a nadto była drukowana w tygodniku warszawskim: "Tydzień Polski" z końcem kwietnia i z początkiem maja 1922 r. (P. S.).
** łac. Mundus vult decipi, ergo decipiatur. Świat chce być oszukiwany, niechże więc będzie
*** fr. ilość nieznaczna, nieistotna.
**** łac. "co wolno Jowiszowi, tego nie wolno wołu"

sobota, 10 sierpnia 2013

Inflacja a produkcja

Do publikowania "Etatyzmu w Polsce" jeszcze wrócę, tymczasem dzielę się krótszymi, bardziej uniwersalnymi pracami. "Etatyzm" był wymaga od czytelnika dłuższego skupienia, a takie wymagania na wstępie mogą okazać się za duże. W planach mam też stworzenie postu zbierającego ogólne informacje o autorze, cytaty i spis już opublikowanych prac.
Dziękuję wszystkim, którzy okazali wsparcie inicjatywie, czyli m. in. administratorom stron na facebooku KASE Poznań, KASE Kraków i KASE Gdańsk, którym zawdzięczam reklamę przedsięwzięcia i każdej osobie, która wyraziła poparcie dla projektu i tym samym mobilizowała mnie do dalszych starań. Zachęcam do kontaktowania się ze mną każdego, kto mógłby udostępnić skany (lub inne formy elektroniczne) nieposiadanych przeze mnie prac, jestem też otwarta na sugestie. Z braku innej możliwości publikuję co się da tutaj, w przygotowaniu już schludniejsze formy pdf.
Najprościej kontaktować się ze mną przez mail:
niemanazwiska@facebook.com

 

 

Inflacja a produkcja

(Adam Krzyżanowski)

   Szkodliwość gospodarcza emisji niewymienialnych pieniędzy papierowych na cele konsumpcyjne jest powszechnie uznana. Więcej wątpliwości nasuwa emisja na cele wytwórcze np. puszczenie w obieg pieniędzy papierowych gwoli założenia fabryki. Rozróżnić należy dwa wypadki, albo chodzi o przedsiębiorstwo publiczne albo prywatne. Emisja, która ma pokryć koszt założenia przedsiębiorstwa publicznego, jest w obecnych warunkach wielce ryzykowna. Sprawność aparatu biurokratycznego obniżyła się. Zarząd państwowy kończy się ogromnemi niedoborami. Utrwala się opinja w społeczeństwie, że należy ograniczyć przedsiębiorczość publiczną. Toczy się spór o pytanie, czy nasz państwowy bank emisyjny, czy Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa (P. K. K. P.) powinna poprzeć prywatną przedsiębiorczość hojnem udzieleniem kredytu? O tej kwestji chcę słów kilka powiedzieć.
   Przedewszystkiem stwierdzam, że Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa pożyczyła państwu kilkakrotnie więcej, niż zebrała wkładkami, skutkiem czego pożyczki, udzielane prywatnym przedsiębiorstwom, zwiększają obieg pieniężny. Czy są zalecenia godne? Nie może być mowy o ich zupełnem wykluczeniu.
   Uważam jednak jak największą wstrzemięźliwość za wskazaną. Przed wojną banki emisyjne puszczały w obieg na cele wytwórcze (nie na cele konsumpcyjne) banknoty niepokryte. W tem sęk, że były wymienialne na złoto. Obowiązek wymiany hamował zapędy Banku ku nadmiernej emisji. Jeżeli było banknotów za dużo w obiegu, ceny drożały. Złoto odpływało poza granice kraju.  Bank podnosił stopę eskontową. Wysoki procent, który trzeba było płacić, działał jak tusz zimnej wody. Ograniczał produkcję, bo wykluczał mniej rentowną, która nie mogła opłacić procentu. Już przed wojną ścisłe dostosowanie emisji do potrzeb obrotu było niemożliwe. Musiała wytworzyć się dążność udzielania kredytów w rozmiarach dość znacznych, wywierających pewien wpływ zwyżkowy na ceny towarów, ponieważ banki zarabiały na zwiększaniu emisji. Nie mogło jednak dojść do wielkich nadużyć. Nawet lekkie przeciągnięcie struny wywoływało automatycznie nacisk podwyższonej stopy procentowej w przeciwnym kierunku (obzerniej broniłem tej tezy w mojej "Nauce o pieniądzu i kredycie").
   Obecnie stan rzeczy jest zupełnie odmienny. Nasz państwowy bank emisyjny nie wymienia papieru na złoto**. Może puszczać w obieg banknoty bez podnoszenia stopy procentowej. Może finansować interesy mało rentowne, które dawniej odpadały z powodu niemożności uzyskania dostatecznego oprocentowania. Rozstrzygająco przemawia przeciwko hojnemu szafowaniu kredytem obecna polityka stwarzania sztucznej zdolności konsumcyjnej przez państwo, która oczywiście zemścić się musi. Fabrykant kupuje coraz  drożej surowiec i maszyny z zagranicy z powodu spadku naszej waluty. Kupuje coraz drożej towary na rynku krajowym, bo drożeją pod nieodpartym naciskiem inflacji. Płaci coraz większą ilością marek robotnika. Domaga się większego kredytu. Dosaje ggo. Okazuje się, że wytwarza towar za drogi. Konsumenci nie kupują go. Albo rezygnują z zaspokojenia potrzeb. Albo sprowadzają, względnie przemycają towar zagraniczny, obecnie przeważnie tańszy mimo cła i mimo fatalnego stanu naszej waluty. Przemysł łódzki ma już węgiel i bawełnę, ale traci zbyt, choć bardzo mało produkuje. Nafty nie można wywieźć, bo za droga. Dochoodzi do zastoju. Fabrykant może stać się niewypłacalnym, a bank może stracić swą wierzytelność.
   Zastów, jako jedyny, skuteczny hamulec dalszej zwyżki cen uważam za pożądany. Jedna lub druga niewypłacalność byłaby cennem ostrzeżeniem dla banków, ażeby ostrożnie udzielały kredytu.
   Niestety rząd uniemożliwia normalny proceder wyzdrowienia. Towary drożeją, ich zbyt jest zahamowany. Wówczas następuje podwyżka cła, chwilowo wykluczająca konkurencję zagraniczną. Co najgorsze, następuje zwyżka poborów urzędniczych i robotniczych. Rząd umożliwia im nabywanie drogich towarów. Groza zastoju minęła. Oczywiście podwyżka okazuje się rychło pozorną. Drożyzna postępuje szybciej niż podwyżka. Nie może być inaczej. Rząd nic nie ma. Podatkami ściąga śmiesznie mało w stosunku so wydatków. Może więc dać tylko bezwartościowy pieniądz papierowy. Próba fałszowania rzeczywistości musi się skończyć niepowodzeniem. Zastój chwilowo mija, ale wraz z nim możliwość rzeczywistej poprawy bytu warstw urzędniczych i robotniczych. Można dojść do niej tylko przez zniżkę cen, wykluczoną w razie ciągłego śrubowania płac. Ich pozorny wzrost utrzymuje przy życiu do czasu produkcję, w rzeczywistości nie rentowną i dlatego na kredyt nie zasługującą. Tylko interesa gotówkowe są uzasadnione w czasach, w których wierzyciel z powodu deprecjacji waluty nawet w razie otrzymywania wysokiego procentu jest narażony na straty Mógłby ktoś zapytać, co to właściwie znaczy, co to szkodzi, że produkcja jest rzekomo nierentowna? Przecież dzięki podniesieniu płac urzędników i robotników towar, początkowo za drogi, ostatecznie znajduje zbyt po cenie pokrywającej koszt wydanych marek. To prawda, ale z biegiem czasu rzeczywista nierentowność musi objawić się spadkiem ilości i jakości produkowanych towarów. Przy sposobności ich wytwarzania dostawcy i robotnicy fabrykanta przekonali się, że można za materjały i pracę żądać dowolnych cen. W następnym okresie produkcji znowu śrubują  płace i ceny do wysokości, zmuszającej fabrykanta o wytwarzania coraz mniej. Rozporządza wprawdzie coraz większą ilością marek gotówkowych i zakredytowanych, ale coraz mniejszą ilością towarów. Ceny i płace, gdy inflacja doszła do tak znacznych rozmiarów, jak obecnie w Polsce, idą w górę stale szybciej niż rozporządzalna papierowa siła kupna. Dodanie fabrykantowi gotówki, czy kredytu, tylko pogarsza sytuację, bo śrubuje więcej niż proporcjonalnie ceny ze względu na powszechny brak zaufania do przyszłej siły kupna pieniądza, ze względu na chęć zeskontowania przyszłej drożyzny. W ostatecznym rezultacie na targu jest coraz mniej towarów przemysłowych. Rolnik jest coraz gorzej płatny za produkty rolnicze. Dawniej sprzedawał za 20 koron centar żyta, który dziś spienięża za tysiące marek. Wieś ma coraz mniej ubrań, nafty, cukru, soli, nawozów sztucznych, pługów. Dostarcza coraz mniej zboża. Rośnie nasze bogactwo papierowe. Zmniejsza się rzeczywiste. Wkońcu wieś wogóle odmówi przyjmowania pieniędzy papierowych. Grozi nam powrót o gospodarki naturalnej, równoznacznej z ruiną ekonomiczną i moralną. Państwo wydaje bez rachunku. Zły przykład zachęca prywatnych do produkowania bez rachunku. Państwo przedewszystkiem umożliwia ten proceder, przedtem wykluczony, śrubowaniem płac papierowych. W danych warunkach także i kredyt na cele produkcji staje się szkodliwym, bo mnożąc papier, podsyca spekulację, ratuje kosztem przyszłości, a więc chwilowo to, co niema warunków bytu, co nie odpowiada rzeczywistemu układowi sił gospodarczych. Zwolennicy inflacji zapominają, że popyt i podaż towaru, a nie papierowych pieniędzy, rozzstrzyga ostatecznie o cenach i dobrobycie.
   P. K. K. P. powinna być wstrzemięźliwa w uzielaniu kredytu na cele proukcyjne, ponieważ ziś ocena rentowności przedsiębiorstw także i z innych powodów jest utruniona. Przypominam problem amortyzacji. We wszelkich wątpliwych wypadkach należałoby odmawiać kredytu. Jeżeli już kredyt ma być udzielany, uważam wysoki procent, jako hamulec podejmowania interesów mniej rentownych, za wskazany. Nie znajdując oparcia o P. K. K. P., inne banki będą również musiały ograniczyć udzielanie kredytu, a zwłaszcza szczególnie niebezpieczne lombardowanie akcji nowo powstających przedsiębiorstw.
   Wstrzemięźliwość w udzielaniu kredytu nieco zaostrzy zastój, powiększy bezrobocie, chwilowo obniży płacę. W rzeczywistości ją podniesie, bo obniży ceny. Przeciwdziałanie inflacją narazie złagodzi przesilenie. Tem gorzej, bo nieco później wybuchnie ze zdwojoną siłą w tej czy innej formie. Rząd przeciwdziała zastojowi metodami inflacyjnemi na olbrzymią skalę, boć przecie powiększa codziennie zapas gotówki o przeszło 300 miljonów marek. Niechże przynajmniej banki przez hojne szafowanie kredytem nie zwiększają pieniężnej siły kupna społeczeństwa.
   Est tempus tacendi, est tempus loquendi***. Wojna minęła. Czas nazwać rzeczy po imieniu. W Polsce obecnie podjęta jest akcja tworzenia emisją pieniędzy papierowych nauki, sztuki, akcja powiększania zdrowotności, przeprowadzenia reform społecznych, a także ekonomicznego dźwignięcia kraju. Gdyby można było stworzyć kulturę oszustwem, byliby to inni dawno przed nami zrobili.

*Dnia 1 marca 1921 roku w Krakowie grono osób, ożywionych pokrewnemi poglądami i dążeniami, zawiązało "Towarzystwo Ekonomiczne". "Inflacja" była przedmiotem obrad drugiego z rzędu zebrania w dniu 16 kwietnia tego samego roku. Dr Karol Krzetuski zagaił dyskusję, poczem przemówiłem na temat: "Inflacja a produkcja". Oba przemówienia zostały ogłoszone drukiem w "Dodatku ekonomicznym" do "Czasu" z dnia 25 kwietnia 1921 roku, wydawanym przez "Towarzystwo Ekonomiczne". Obecnie rukuję ponownie moje ówczesne  przemówienie.
   W kilka miesięcy później "Towarzystwo Ekonomiczne" z powodu szybkiego wzrostu inflacji wogóle, a także inflacji na cele produkcyjne oraz pogarszania się stosunków przeprowadziło w Krakowie między 19 września a 10 października 1921 r. publiczną, ustną "ankietę w sprawie położenia gospodarczego i finansowego" i ogłosiło drukiem w tym samym roku sprawozdanie  z jej przebiegu w roczniku XX krakowskiego "Czasopisma prawniczego i ekonomicznego", nadto osobno jako zeszyt IV wydawnictw "Towarzystwa Ekonomicznego" (Kraków 1922, str. 113). Mnie przypadło w udziale wypowiedzenie, względnie napisanie "Słowa wstępnego" oraz "Rekapitulacji". Moje ówczesne uwagi rozwinąłem obszerniej w artykułach "Waluta" i "Walka z drożyzną", włączonych do tego zbiorowego wydawnictwa. (P. S.).
**Tekst "Ustawy Polskiej Krajowej Kasy Pożyczkowej" z 7 grudnia 1918 r. ogłosiłem w zbiorze ustaw i rozporządzeń: "Waluta i Kredyt" (zeszyt IX "Praw Państwa Polskiego" ed. E. L. Jaworski). Kraków 1921, str 115. (P. S.).
***łac. "jest czas na mowę, jest czas na milczenie", św. Jan Nepomucen (przyp. blog)

środa, 7 sierpnia 2013

Historia etatyzmu w Polsce cz. II, Przyczyny utrzymywania się etatyzmu

 II.

 

   Adam i Ewa przekazali każdemu pokoleniu swych potomków dążenie do władzy. W pogoni za nią ludzie nie szczędzą wysiłków. Poczęści władza stanowi cel sama w sobie. Tyranizowanie bliźnich jest zadośćuczynieniem odwiecznemu, głębokiemu popędowi natury ludzkiej. Władza jest także środkiem wywyższenia się ponad innych i wzbogacenia się. Ludzie per fas i per nefas zdobywają dobra doczesne, ażeby posiąść władzę. Walczą o nią, ażeby się wzbogacić. Władza zapewnia możność wygodnego zarobkowania. Jest rzecz ą zrozumiałą, że wielu ludzi pragnie żyć z renty. Zabierają przemocą warsztaty produkcji i odstępują ich użytkowanie w zamian za wynagrodzenie, np. zadowalają się pobieraniem czynszu dzierżawnego. Nowoczesna posada urzędnicza także ma swe zalety. Nieusuwalność, zabezpieczająca przed bezrobociem, emerytura, pensja wdowia równoważą z nawiązką niejednokrotnie niski wymiar poborów. Chęć zapewnienia dzieciom stanowiska w służbie publicznej, zwłaszcza wtedy, gdy trudno o inne, nie jest zjawiskiem niewytłumaczalnem.
   Współczesne przejście od ustroju w znacznym topniu liberalnego do bardziej etatystycznego odpowiada powszechnemu od zarania dziejów falowaniu życia ludzkiego. Rozwój wypadków jest zawsze łamany, a nie prosty; nigdy nie idzie stale w tym samym kierunku. Po latach tłustych następują chude i odwrotnie, po pokoju wojna, po okresach demokratyzowania się życia państwowego czasy ścieśniania koła osób, biorących udział w rządach, po liberalizmie przychodzi kolej na etatyzm, bo ludzie skłonni są do nowinek, jak mawiano w Polsce XVI wieku, bo nigdy z niczego nie są zadowoleni, bo zawsze pragną zmiany.
   Oprócz ogólnych, psychologicznych przesłanek, podkopujących trwałość każdego ustroju politycznego, nie brakło przyczyn całkiem konkretnych, które na przełomie poprzedniego  i bieżącego stulecia, jak i po dziś dzień, sprzyjają rozwojowi etatyzmu.
   Postępy techniki rozszerzają szybko i znacznie sferę zainteresowań ludzkich, a zatem także działalności państwowej. Wymieniam jako przykład z ostatnich lat automobilizm, lotnictwo, radjo. Państwo nie mogło zignorować tych i podobnych przewrotów. Musiało zająć się niemi ze względów wojskowych i innych.
   Pod naciskiem postępów techniki zakres działania państwa wzrasta szybciej niż zakres działania społeczeństwa. Wielkie przedsiębiortstwa stają się popłatniejsze niż małe. Drobne upadają, wielkie kartelizują się. Z tą chwilą państwo zyskuje możność daleko sięgającego nadzoru. Pokusa wykorzystania sytuacji jest znaczna. Państwo jej chętnie ulega, Technika jest walną podporą tendencyj monopolitycznych współczesnego życia gospodarczego, a monopole prywatne łacno przechodzą w ręce państwa.
   Zmiany w rozkładzie sił politycznych zapewne w wyższej mierze zaważyły na szali wypadków. Etatyzm znalazł oparcie w kształtowaniu się polityki, tak zagranicznej, jak niemniej i wewnętrznej. Zarówno dążenie do wzmocnienia mocarstwowego stanowiska państwa, jak jego zdemokratyzowanie wzmogło znacznie zasiąg wpływów państwa, przyczem rozstrzygające znaczenie przypisuję procesowi demokratyzacji. Etatyzm jest rozrastaniem się ustroju politycznego. Bezpośrednia przyczyna tego zjawiska nie może tkwić w niczem inem, jeno w zmianach, zachodzących w budowie tegoż ustroju. Byłoby to niewytłumaczalnym wyłomem we współzależności zjawisk, gdyby z chwilą przejścia władzy w inne ręcejej zakres czynności pozostał niezmieniony.
   Interes mocrstwowy wyraża się przedewszystkiem militarnie. Wiele państw rozszerzyło znacznie swój zakresdziałannia, ażeby tym sposobem zwiększyć pogotowie wojenne. Hasło poparcia przemysłu wojennego, a więc w obecnym stanie techniki niemal każdego przemysłu, nalazłlo żywy oddźwięk i stało się źródłem daleko posuniętego upaństwowienia przemyłu Protekcjonizm celny zyskał skuteczną podporę w przekonaniu , że tym sposobem można zapewnić samowstarczalność gospodarczą państwa na wypadek wojny.
   Zdemokratyzowanie ordynacji wyborczej, przejście do powszechnego głosowania stało się główną przyczyną zwycięstwa etatyzmu, ponieważ w znacznej mierze pozbawiło władzy warstwy posiadające. Nie we wszystkich jednak państwach. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej mimo powszechnego głosowania burżuazja nie wypuściła steru z rąk, dzięki czemu życie gospodarcze wewnątrz państwa zachowało po dziś dzień dużo znamion liberalnych. W państwach europejskich wpływy polityczne burżuazji pod naciskiem powszechnego głosowania znacznie zmalały, ponieważ w Europie ruch robotniczy i socjalistyczny rozwinął się bez porównania silniej niż w Stanach.
   Burżuazja nie chciała obciążać się zbyt wysokiemi podatkami Nie chciała zbytnio zwalać podatków na biednych, we własnym dobrze zrozumianym interesie. Zależało jej na tem, ażeby warstw niższych nie zrażać do swoich rządów. W tym stanie rzeczy nie pozostawało nic innego, jeno gospodarować oszczędnie, a więc ścieśniać zakres działania państwa. Burżuazja, skupiająca w swoich szeregach warstwy posiadające, żądała od państwa zabezpieczenia własności, stanowiącej podstawę jej dochodów. Mniej dbała o posady urzędnicze. To też nie zależało jej tak bardzo na mnożeniu posad. Powszechne głosowanie jest równoznaczne z powiększeniem koła osób, wywierających wpływ na losy państw. Ludzie, obejmujący władzę na zasadzie poparcia, udzielonego im przez większość parlamentu, wybranego powszechnem głosowaniem obywateli, muszą liczyć się z interesami obszernego koła swoich wyborców, w gronie których przeważają osoby albo nie posiadające majątku, albo posiadające majątek mały. Powstaje problem zapewnienia korzyści kołu osób znacznie liczebniejszemu niż poprzednio, który to problem nie może być rozwiązany inaczej, jeno pomnożeniem ilości osób, czerpiących dochody z kas publicznych, zwiększeniem budżetu i wchłonięciem działalności obywateli w tryby administracji państwowej w stopniu poprzednio nieznanym.
   Ten rozwój wypadków jest zgodny z celem, przyświecającym tym, który walczyli o urzeczywistnienie powszechnego głosowania. Poplecznicy tej reformy dlatego właśnie bronili jej, aby przedstawicielom warstw biedniejszych zapewnić wpływy polityczne i możność ich zużycia na korzyść tych warstw. Coprawda dalszy etap rozwoju okazał się sprzeczny z zamierzeniami. Demokracja polityczna  zrodziła etatyzm w imię zupełnego urzeczywistnienia swych haseł, a rozwój etatyzmu ugodził śmiertelnie  w demokrację polityczną. Ostatecznie nic w tem tak dalece dziwnego. Każdy żywy pierwiastek, dojrzewając, wytwarza warunki, sprzyjające jego śmierci. Dziwną jest chyba tylko szybkość tej ewolucji. Demokracja polityczna przeżyła się niemal w tej samej chwili, w której odniosła ostateczne zwycięstwo.
   Czy i o ile wojna, podjęta w r. 1914, wywarła wpływ etatystyczny? Jej długie trwanie i rozmiary zmusiły wiele państw do wejścia na drogę specjalnego etatyzmu wojennego, dostosowanego do celów, o których urzeczywistnienie chodziło. Ówczesna przymusowa gospodarka zubożyła znacznie ludność i dała jej się mocno we znaki, ograniczając w wysokim stopniu wolność obywateli. Tak dotkliwe następstwa tej gospodarki objawiły się najsilniej w państwach, w których inflacja przetrwała wojnę. Etatyzm wojenny i inflacja wywołały reakcję przeciwko etatyzmowi wogóle, która jednak okazała się przemijającą.
   Po stabilizacji waluty etatyzm odżył niemal ze zdwojoną siłą. Złożyły się na to dwie przyczyny. Wojna niewątpliwie podkopywała stanowisko warstw posiadających nawet w państwach zwycięskich. Do wojny powołano całą ludność. Biedniejsi, stanowiący większość, obdarzoną czynnem i biernem prawem wyborczem do parlamentów, ucierpieli finansowo najwięcej i wystąpili z żądaniem wynagrodzenia im ofiar, poniesionych w obronie ojczyzny. Do opłacania podatków zgodnie z demokratycznym ustrojem politycznym pociągnięto przedewszystkiem bogatych. Powiększono świadczenia państwa na rzecz uboższych.
   W niektórych państwach wojna i inflacja wyczerpały kapitał społeczeństwa w wysokim stopniu, skutkiem czego prywatna inicjatywa gospodarcza osłabła, zwłaszcza w zakresie produkcji dóbr trwałych. Ruch budowlany prywatny niemal zamarł. Wyłoniły się i zostały spełnione żądania zaradzeniu złemu przez państwo, co oczywiście wydatnie obciążyło skarb.
   Ten motyw  w Polsce odgrywa obecnie znaczną rolę. Polska przechodzi okres etatyzmu z tych samych przyczyn, które w innych państwach zaważyły na szali wypadków. W ubiegłem dziesięcioleciu posiew etatyzmu rozplenił się w Polsce silniej niż w wielu innych państwach zapewne dlatego, że napięcie sił antyliberalnych było u nas większe. Liberalizm, na jaki nas stać było, wyładował się w zrzuceniu obcej przemocy, a w polityce wewnętrznej w wydrukowaniu w "Dzienniku Ustaw" papierowej konstytucji, w obronie której nikt nie chciał ponosił ofiar, którą etatyzm gospodarczy unicestwił. Dlaczego?
   Wpływy polityczne warstw posiadających w sprzyjających warunkach okazały się potężnym hamulcem, skutecznie powstrzymującym aparat państwowy na śliskiej drodze rozdęcia jego atrybucyj. W Polsce zmartwychwstałej wpływ burżuazji na tok wypadków był mały. W wielu państwach zagranicznych większa siła polityczna burżuazji tłumaczy się przedewszystkiem jej znaczną liczebnością, wynikającą z istnienia mnogiego stanu średniego, samodzielnie zarobkującego, a więc z wykluczeniem średnio uposażonych urzędników publicznych i prywatnych. Proces koncentracji produkcji podciął i nadal niweczy byt wielu pracowni rzemieślniczych i kupieckich. Na dobitek wcale znaczny odsetek naszej burżuazji znalazł się poza nawiasem polskiego życia politycznego ze względu na swą przynależność do obcych narodowości. Co więcej, członkowie polskich warstw posiadających ostali w pewnej mierze odsunięci na bok. Do władzy doszli w Polsce niepodległej ludzie, którzy przez całe swe życie o niepodległość walczyli, którzy przeciwstawiali się w trzech zaborach zwolennikom polityki ugodowej w stosunku do mocarstw zaborczych. Nowi władcy rekrutowali się w pokaźniej liczbie z proletarjatu inteligencji, nie uposażonego hojnie w dostatki ziemskie. Ugodowcy mieli oparcie raczej w warstwach posiadających. Bojownicy o niepodległość dobrze pamiętali o tem, że mało demokratyczny rozmach kierowników powstania z r. 1830 był jedną z przyczyn klęski. Właśnie dlatego bojownicy o niepodległość chętnie łączyli się z polską partją socjalistyczną (P. P. S.), stanowiącą także w Polsce z natury rzeczy główną ostoję etatyzmu. W Polsce objęli władzę i sprawują rządy po dziś dzień ludzie, którzy za młodu przeszli szkołę czynnej pracy w socjalizmie, a potem w legjonach. Praca w legjonach stępiła nieco ostrze radykalizmu socjalistycznego, ucząc konieczności godzenia  go z wymogami wzmocnienia siły mocarstwowej państwa, z pewnością jednak nietylko nie była uczelnią liberalizmu, ale dostarczała pewnych podniet polityce etatystycznej, choćby z punkty widzenia wzmożenia sił państwa w walce z sąsiadami i przeciwstawienia się ugodowcom.
   Powszechne głosowanie pozbawiło aparat państwowy hamulca , zwalniającego bieg ku upaństwowieniu jak najobszerniejszych sfer ludzkiej działalności.W Anglji rozpoczęto stopniowo rozszerzać koło wyborców do izby niższej parlamentu w r. 1832. Polska weszła na tę drogę znacznie później. Najwcześniej w zaborze pruskim, ale i tu dopiero w r. 1871. Najpóźniej w Królestwie i w prowincjach zabranych. Przegrana wojna z Japonją skłoniła rząd rosyjski do powołania dumy w r. 1905, przyczem liczba wyborców i uprawnienia dumy były wielce ograniczone. W Polsce w lutym 1919 roku odbyły się wybory do jednoizbowego sejmu konstytucyjnego, zwanego ustawodawczym, na zasadzie przyznania prawa głosu kołu wyborców, obszerniej zakreślonemi niż w Anglji. Anglja pozostała w tyle. Zrówna się z nami przy najbliższych wyborach. Dopiero wówczas głosować tam będą po raz pierwszy obywatele od lat 21-30.
   W tym stanie rzeczy któż rozsądny dziwić się może temu, że powszechne głosowanie funkcjonuje w Anglji lepiej niż w Polsce. Nagłe przejście do powszechnego głosowania utrudniało w Polsce wyrobienie się i uzyskanie wpływu w państwie tradycji politycznej, zdolnej przeciwstawić radykalizmowi etatystycznemu trafną ocenę rzeczywistości.
   Nastawienie polityczno-ekonomicznego myślenia i wartościowania wpływowego odłamu naszej opinji publicznej stworzyło grunt podatny do urzeczywistnienia programu, zalecającego wzzmożenie ingerencji państwa. Ludzie opowiadają się za wszechwładzą państwa, bo wierzą w możliwość pomyślnego wykonania wselkich zamierzeń ustawodawców i władz. Naiwna wiara w wszechmoc państwa płynie z błędnej oceny stosunku, zachodzącego między zakreślanemi celami a środkami, przewidywanemi gwoli ich osiąggnięcia. Ten nniepokojący stan umysłów wydaje się w Polsce bardziej rozpowszechniony niż w innych państwach.
   Prócz nagłego wprowadzenia powszechnego głosowania zapewne także krytyczne ustosunkowanie się naszej opinji publicznej do realistycznej polityki ugodowej wobec mocarstw zaborczych zdepopularyzowało realizm wszelki jako miarodajny wskaźnik w sprawach politycznych i ekonomicznych. W jednym z trzech zaborów stronnictwo ugodowe przybrało nazwę stronnictwa realistów gwoli zaznaczenia głównego motywu swego pojednawczego stanowiska wobec zaborców. Zwolennicy tego stronnictwa odrzucali radę poety: "Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił". W poczuciu chwilowej słabości społeczeństwa, pamiętając o szkodliwych skutkach nieudałych powstań, uważali za wskazane odroczenie walki o niepodległość do sposobniejszej chwili, co oczywiście wywoływało gwałtowny sprzeciw "niepodległościowców", którzy po wielkiej wojnie doszli w Polsce do władzy. Polityka mierzenia sił na zamiary może być zalecenia godna, jeżeli okoliczności sprzyjają, w polityce zagranicznej. Nawet na polu bitwy mało oględna śmiałość niekiedy popłaca. Natomiast tam, gdzie chodzi o finanse państwa i gospodarstw społeczeństwa, ryzykowanie jest stokrotnie niebezpieczniejsze.
   Chęć zbierania dojrzałych owoców bez ponoszenia ofiar silnie się uwydatniła w dziejach naszej konstytucji, parlamentaryzmu, stabilizacji waluty. Na papierze wszyscy opowiadali się za temi postulatami. Ale nie stać było społeczeństwa na ofiarność, niezbędną w danych warunkach dla ziszczenia zamierzeń. Ten kąt widzenia polityczno-ekonomiczny stanowi podłoże wiary w wszechmoc państwa i etatyzmu. Na przykładzie ustosunkowania się opinji publicznej do zagadnienia demograficznego w Polsce i w innych państwach spróbuję bliżej uzasadnić to, co napisałem.
   W Anglji poziom dobrobytu szerokich mas robotniczych jest stosunkowo wysoki. Bogatsi są wysoko opodatkowani. Związki zawodowe, do których państwo życzliwie się ustosunkowało, wywalczyły wysokie płace. Ustawodawca ograniczył czas pracy i przymusowo ubezpieczył  robotników od bezrobocia. Opinja publiczna domaga się od rządy, ażeby zabezpieczył każdemu minimum utrzymania i pomagał masom robotniczym bronić raz osiągniętego poziomu dobrobytu (standard of life). Jednak opinja angielska rozumie, że byłoby narzucaniem państwu zadania nad siły, gdyby równocześnie ludność zbyt szybko się rozmnażała. W Anglji ilość urodzin także wśród warstw robotniczych, bardzo znacznie spadła. W rozumieniu Anglików powodzenie polityki czasu pracy i przymusowych ubezpieczeń uwarunkowane jest umiarkowanym przyrostem ludności.
   Faszyzm włoski wywiesił hasło zwiększenia przyrostu ludności w imię wzmożenia siły mocarstwowej państwa. Do tego programu zastosował swą politykę socjalną. Głosi, że w razie potrzeby należy przedłużyć czas pracy i że wysokie płace są dopuszczalne tylko o tyle, o ile to jest zgodne z interesem państwa.
   Obie te polityki są wręcz sprzeczne, ale to mają wspólne, że obie liczą się z rzeczywistością, są jasne, stanowcze i właśnie dlatego godne wielkich narodów.
   Polska przoduje niemal wszystkim narodom rozmiarami swego przyrostu ludności i ubóstwem kapitału. Czynnniki te nieodzownie muszą ujemnie wpływać na wysokość płac i stan bezrobocia. A jednak rozpowszechnione jest przekonanie, że wystarczy upaństwowić to i owo, wydać jeszcze kilka ustaw, utworzyć  szereg nowych urzędów, nadzorujących gospodarkę prywatną i ustanawiających, ażeby odrazu podnieść płące i usunąć bezrobocie.
   Wysokie płace, zwłaszcza w kraju gęsto zaludnionym, są uwarunkowane znacznemi zyskami, w dużej mierze zaoszczędzanemi i produkcyjnie zużywanemi, wywołującemi tym sposobem popyt za robocizną, który podbija płace. Bez wysokich płac niema znacznego i trwałego dobrobytu, bo brak dostatecznego zbytu na wyprodukowane dobra i usługi. W Polsce, zgodnie z rozpowszechnioną polityką strusią zamykania oczu na rzeczywiste trudności, mówi i pisze się ciągle, że wysokie płace są źródłem dobrobytu Stanów Zjednoczonych i że wystarczy podnieść płace, ażeby zwiększyć produkcję i stworzyć raj na ziemi. Jeżeli zaś Polska do tego jeszcze nie doszła, to cała wina leży jakoby po stronie rządu, który waha się zmusić przedsiębiorców do zrezygnowania z części nadmiernych zysków. W Polsce propaguje się wysokie płace i niskie zyski, choć nie ulega wątpliwości, że wbrew pozorom jedno drugie wyklucza. Są tacy, którzy idą dalej i łoszą z trybuny sejmowej nastanie wkrótce ery produkowania dla zaspokojenia potrzeb, a nie dla zysku, choć wielowiekowe doświadczenie uczy, że tylko produkcja na zysk obliczona może być wielką i zapewnić wysokie płace. Pisze się ciągle o wysokich płacach w Stanach Zjednoczonych, a milczy się o tamtejszych wysokich zyskach, o małej ochronie pracy, o nieubezpieczaniu przymusowo robotników, o poniechaniu przez Stany wejścia na drogę etatyzmu gospodarczego. Milczy się o wzajemnem uwarunkowaniu tych zjawisk.
   Ciągle przytacza się to wszystko, co zagranicą jest korzystne, z wyrzutem pod adresem rządu, że jeszcze nie wydał ustawy, zapewniającej od jutra dorównanie przez Polskę wszelkim możliwym rekordom zagranicznym, - ale systematycznie pomija się ciemne plamy, któremi okupione są zagraniczne świetności.
   W Polsce istnieje dziwne pojęcie optymizmu polityczno-ekonomicznego, do którego miłujący ojczyznę obywatele są zobowiązani. Wedle tej teorji optymistą jest ten, kto wierzy w wszechmoc państwa, w możliwość usunięcia nagle wszelkich bolączek nakazem rządu. Propagatorzy tego optymizmu nie zdają sobie sprawy z tego, jak dalece szkodliwym jest płytki optymizm, choćby dlatego, że drogą reakcji wywołuje równie potępienia godny, bezzasadny pesymizm, negujący znaczne dokonane postępy i wszelkie możliwości ich dalszej rozbudowy. Istnienie w społeczeństwie podobnych nierealnych nastrojów dobitnie świadczy o ubóstwie naszego myślenia i wartościowania polityczno-ekonomicznego.
   Czyż nie świadczy o tem samem równoczesne ciągłe odwoływanie się o pomoc do państwa i niechęć uchwalania uzasadnionych podatków? Nieraz trudno oprzeć się wrażeniu, że w Polsce uważa się pomoc państwa za bezpłatną. Jest ona oczywiście bezpłatną dla tych, którzy za nią nie płacą, ale ktoś koszta ponieść musi. Nie jest bezpłatną w rachunkach gospodarstwa społecznego, którego losy prędzej czy później odbijają się na ogóle obywateli. Gdy państwo cłami, udzielaniem kredytów, zasiłków lub w inny sposób tzwróci kapitały w określonym kierunku, wówczas kapitałó zabraknie gdzieindziej. Gołosłowne zaprzeczenia lub zamilczanie tych prawd oczywistych tylko szkodzić może.
   Znaczny odłam naszej opinji publicznej - dość czytać gazety, ażeby o tem się przekonać - ciągle i nie bez powodzenia domaga się od państwa zaradzenia temu lub owemu , a równocześnie narzeka na małą sprawność naszej administracji. Gdyby nagłe i szybkie powiększenie się zakresu działania państwa nie powodowało podrożenia i pogorszenia administracji, etatyzm byłby już dawno zwyciężył.
   Brak poczucia rzeczywistpości polityczno-ekonomicznej jaskrawo objawił się w długiem trwaniu w Polsce inflacji. Polska była jedynem państwem zwycięskiem, które popadło w hiperinflację. W pierwszych latach naszej odzyskanej niepodległości drukowaliśmy bez opamiętania pieniądze papierowe w imię postępu. Nie zauważyliśmy, jak bardzo kosztownym jest ten tani sposób napełniania pustych kas państwa. Wielką zasługą obecnego rządu jest twarde obstawianie przy zasadzie zrównoważenia budżetu bez inflacji. Tą drogą rząd walnie przyczynił się do dźwignięcia kraju i do wyrobienia w społeczeństwie trafniejszej oceny zagadnień polityczno-ekonomicznych. Ażeby uwieńczyć swe dzieło, rząd musi nadal dbać o dobrą gospodarkę skarbową i przeciwstawić się niewytępionym jeszcze do szczętu dążnościom, popychającym państwo na drogę nadmiernego etatyzmu.